Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Sprawa małej Madzi z Sosnowca, czyli interwencja, której nie było...

Tak naprawdę to nie planowałam o tym pisać. Przygotowując się, myślałam o różnych wydarzeniach, które ostatnimi czasy wydarzyły się w Polsce i na świecie: zamieszki w Warszawie z okazji obchodów 11 listopada, strzelanina w szkole w USA, śmierć rodzeństwa w rodzinie zastępczej, zabójstwa w Hipolitowie. Wiele ludzkich dramatów, choć to zaledwie mały wycinek wydarzeń ostatnich tygodni.

W tym kontekście sprawa Madzi, można by powiedzieć, jest już 'stara'. Ma blisko rok. Całymi miesiącami media w sposób epatowały nią na wszelakich łamach. Praktycznie nie było tygodnia, aby nie pojawiały się jakieś nowe, mniej lub bardziej sensacyjne wątki. Wszyscy byli nią już zmęczeni i chcieli jej zakończenia. W końcu tak właśnie się stało. W sylwestra, 31 grudnia 2012 r. katowicka prokuratura oskarżyła Katarzynę W. że "w dniu 24 stycznia 2012 roku w Sosnowcu działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia 6 - miesięcznej córki Magdy, dokonała jej gwałtownego uduszenia poprzez utrudnienie dopływu powietrza do płuc - co doprowadziło do śmierci dziecka".

 

Pomyślałam, jak większość - nareszcie koniec! Jednak kiedy tydzień później do mediów 'wyciekły' niektóre szczegóły aktu oskarżenia, a także fragmenty pamiętników Katarzyny W., które rzuciły zupełnie inne światło na całą sprawę, postanowiłam, że to właśnie ta straszna, nie mająca dotychczas w Polsce precedensu historia będzie tematem tej pracy.

 

Zadałam sobie pytanie czym ta sprawa różniła się od innych podobnych sobie. Przecież to nie jedyna matka w Polsce, która zabiła swoje dziecko. Takich spraw są dziesiątki.1 Co roku kilkadziesiąt 'matek' zabija swoje dzieci zaraz po urodzeniu lub zostawia je na pewną śmierć. Nie wszystkie te kobiety są chore psychicznie i nie wszystkie są w depresji poporodowej. Coraz częściej dochodzą do opinii publicznej wiadomości o zakatowaniu przez rodziców swoich dzieci na śmierć. Jest tych spraw tak wiele, że przestajemy się prawie nimi przejmować. Zaciekawia nas dopiero jakaś niezwykłość zdarzenia, coś jeszcze bardziej okropnego niż zwykle. O takie Hipolitowo na przykład, sześcioro dzieci zabitych i zakopanych za domem, a jedno być może utopione w stawie. Takie bezimienne dziecko z Cieszyna, które po 2 latach okazało się Szymkiem z Będzina, tak skatowanym przez rodziców, że z bólu odgryzło sobie wargę. Takie Czerniejowo pod Lublinem - czworo zabitych przez matkę niemowląt przechowywanych w beczkach po kapuście. O, to jest prawdziwy dramat! A tu, tylko jedno dziecko. Może zabite, ale pewności nie ma. Może nieszczęśliwy wypadek? Prawie normalna, choć dość młoda i niedojrzała rodzina. Nawet niby trochę bardziej katolicka?

 

Wtedy zrozumiałam, że ja sama ją śledziłam, jak żadną inną. Choć zwykle bardzo rzadko oglądam telewizję, rzadko się emocjonuję sensacjami, którymi żyje większość społeczeństwa, jednak ta sprawa i mnie nie pozostawiła obojętną.

 

Z pewnością jest to sprawa, ze wszech miar, inna niż wszystkie. I nie chodzi tu o ilość ofiar, czy niezwykłą brutalność sprawcy. Przeciwnie ta sprawa jest tak bardzo normalna, tak bardzo blisko każdego z nas, że mogła się wydarzyć w każdym miejscu w Polsce, w każdej rodzinie, w każdym sąsiedztwie. Każdy z nas zna takie Katarzyny W. młode, przypadkowe matki, niedojrzałe emocjonalnie kobiety, które wychodzą za mąż 'po wpadce', niechciane synowe, bez oparcia w rodzinie, bez samodzielności finansowej, często bez wykształcenia, zdane na innych, zagubione w obowiązkach i trudach macierzyństwa, które nie potrafią czerpać z niego radości i siły, często w depresji poporodowej, które uważają, że dziecko im zniszczyło, zabrało życie.

 

Beata Cieślik, teściowa Katarzyny: Kaśka nie kochała swojej córki. To było widać na pierwszy rzut oka (?) przewijała Madzię, karmiła, ubierała, woziła na spacery, kąpała. Ale miałam wrażenie, że robi to dlatego, że tak trzeba, że robi to bardziej dla Bartka niż dla siebie czy Madzi. Zachowywała się jak automat, a w końcu po kilkunastu tygodniach uciekła. Zostawiła nam małą na dwa tygodnie i zniknęła. Kaśka na matkę się nie nadawała'.2

 

A może właśnie inaczej należałoby spojrzeć na tę biedną kobietę. Dziewięć miesięcy ciąży zakończonych ciężkim porodem - cesarskim cięciem. I jak tu tryskać entuzjazmem, że właśnie przyszło na świat dziecko, które tak bardzo wszystko komplikuje. Świeżo upieczona matka musi rzucić się w wir obowiązków. Wstawanie w środku nocy, przewijanie, karmienie. Taki wysiłek często wywołuje poporodowe przygnębienie, czyli tzw. "baby blues". Cierpi na nie nawet 80 proc. młodych matek. Huśtawka nastrojów w wyniku zmęczenia i hormonów. Przytłacza nadmiar obowiązków. Nagle pojawia się szok: zostają same z dzieckiem. Mąż ma pracę i mnóstwo znajomych, wciąż obraca się wśród ludzi. Do tego teściowa powątpiewająca w ojcostwo jej ukochanego synka, podstępnie odebranego jej przez przewrotne dziewuszysko. Psychiatra Anna Nitka-Siemińska dodaje, że poporodowe przygnębienie zdarza się bardzo często i w większości przypadków po kilku tygodniach ustępuje. Problem staje się poważny, kiedy nie chce ustąpić. Mijają tygodnie, miesiące, a matka wciąż jest poirytowana swoim dzieckiem. Płacze ono, płacze ona. Ono krzyczy, ona ma już dość. Stąd już tylko krok do nienawiści do własnego dziecka. Tak często wygląda tzw. depresja poporodowa. - Zniechęcenie, smutek, rozdrażnienie, myśli samobójcze. Czasem może skończyć się tragicznie. Niestety często jest przez kobiety bagatelizowana. Niechęć do dziecka tłumaczy się złym humorem, atak wściekłości gorszym dniem, a brak przyjemności z opieki nad pociechą zmęczeniem. Granica między depresją poporodową a stanem, w którym matka zdolna jest do zbrodni, jest niezauważalna.3

 

Tak można było tłumaczyć zachowanie Katarzyny W. jeszcze dwa tygodnie temu, ale ostatnio ujawnione fakty tj. notatki z jej pamiętnika, czy dane z komputera jawnie temu przeczą. Ona tego dziecka nie chciała od początku. Przeszkadzało jej jeszcze zanim się urodziło. Było przypadkiem, który nie powinien się nigdy wydarzyć, podobnie jak małżeństwo z Bartkiem. Wypisała 22 powody dla których to dziecko nie powinno się urodzić. W czasie ciąży robiła wszystko, co mogła, aby poronić: brała lekarstwa, biła się po brzuchu. Jednak to nic nie dało, a narodziny Madzi skomplikowały jej życie jeszcze bardziej. Nie dość, że przez nią stała się więźniem w domu, podczas gdy mąż nawiązywał kontakty z innymi dziewczętami i prowadził swobodne życie towarzyskie, nie dość, że i tak słaba więź między nimi zaczęła się jeszcze rozluźniać, to jeszcze córka zaczęła być dla niego najważniejsza. Był z niej dumny. Kochał ją. W wyobrażeniu Katarzyny - bardziej niż ją. Stała się zazdrosna i postanowiła go ukarać i jednocześnie się uwolnić. Zabijając malutkie, bezbronne, ufne dziecko. Swoją córkę. Zdobyła w internecie niezbędne informacje: sposoby zaczadzenia dziecka, ceny trumienek, wysokość zasiłku po stracie dziecka, etc. i 17 stycznia 2012 postanowiła wprowadzić swój plan w życie, niestety mąż wrócił wcześniej do domu i próba zaczadzenia dziecka się nie udała. 24 stycznia 2012 ? już nic jej nie przeszkodziło. Kiedy wróciła z dzieckiem do domu, pod pretekstem zabrania pieluszek - wróciła, aby zabić. Rozebrała niemowlę z puchowego kombinezonku, aby nie przeszkadzał i rzuciła dzieckiem o próg. Niestety tylko złamało kręgosłup, lecz wciąż żyło. Dusiła je jeszcze ok. 4-5 minut aby mieć pewność. Potem spokojnie ubrała. Włożyła do wózeczka i pojechała do parku ukryć zwłoki w przygotowanym dzień wcześniej miejscu. Następnie spokojnie wypaliła papierosa, zgasiła i przydeptała niedopałek. Potem poszła z pustym wózkiem w stronę domu rodziców zrealizować drugą część planu. Planu, który w jej wyobrażeniu miał być planem doskonałym dającym jej nie tylko upragnioną wolność od dziecka do końca życia, ale i 'wspaniały' status biednej i skrzywdzonej matki. Pomysł, być może 'ściągnęła' z filmu emitowanego kilka dni wcześniej pod tytułem 'Kolor zbrodni', historii kobiety, która morduje swoje dziecko, zakopuje zwłoki w parku i pozoruje jego uprowadzenie. Potem prowadzi akcję poszukiwawczą, rozkleja plakaty. Po czasie przyznaje się do nieszczęśliwego wypadku detektywowi zajmującemu się sprawą. Również prokuratura zauważyła zbyt wiele podobieństw łączących te dwie historie?

 

Ta sprawa tak długo i skutecznie absorbowała społeczeństwo też dlatego, że oparta jest na skrajnych emocjach. Po przekazaniu informacji, że Magda nie żyje, okazywane dotąd matce dziecka współczucie w większości przypadkach przekształciło się w demonstrowany publicznie gniew i potępienie. Takie emocje również towarzyszyły pogrzebowi dziecka, w którym wzięło udział około tysiąca osób. Ludzie poczuli się oszukani. Zlekceważeni przez Katarzynę W. Jej kłamstwa, że została napadnięta, że dziecko porwano, spowodowały u ludzi wściekłość i chęć ukarania osoby winnej. Poczucie, że zostali oszukani spowodowało wzrost agresji wobec winowajczyni. Osobiste zaangażowanie wielu osób w poszukiwanie rzekomo uprowadzonego dziecka, na wieść o tym, że to kłamstwo matki i ona od początku wiedziała, że dziecko nie żyje, przekształciło się w osobistą chęć 'zemsty, jakby zadośćuczynienia'. Zniknęło natychmiast zrozumienie i empatia. Wszyscy, jak jeden mąż, chcieli ją 'zaciągnąć' na szafot. Dlatego, że pozwolili się oszukać, nabrać jej udawanemu żalowi. Dlatego potem tak bardzo śledzili każdy najdrobniejszy szczegół nagłaśniany przez media. A media tylko na tym skorzystały. Jak powiedział prof. Wiesław Godzic - Znam środowiska, które mówią, że Polska dzieli się na tę przed Madzią i po niej. Celowo ta sprawa zmuszana jest do tego, aby wstawała jak Feniks z popiołów, a dramatyczne wydarzenia dotyczące śmierci dziecka są już tylko w tle - ocenia.- Z dramatu robi się show. Katarzyna niepodziewanie odkryła, że podoba jej się życie w blasku fleszy. Każdy jej ruch był natychmiast szeroko komentowany. Zdjęcia w gazetach, rozpoznawalność, pieniądze płynące z wywiadów - to było coś, z czego trudno jej było zrezygnować. Pani Katarzyna chce być gwiazdą i chce pobyć jeszcze w snopach światła, co jest godne pożałowania i etycznie wstrętne. Sytuacja wokół śmierci małej Madzi z Sosnowca doszła do absurdu.4

 

A że sprawa była medialna i obfitowała w nagłe zwroty akcji i zaskakujące wydarzenia -  to też prawda. Poszukiwania miały swoją dramaturgię. Najpierw szukano rzekomego porywacza. Później Rutkowski sfilmował wyznanie matki dziecka o tym, że dziewczynka zmarła w wyniku nieszczęśliwego wypadku, a ona ukryła jej ciało. Przekazał nagranie mediom i ściągnął je w miejsce, gdzie miało być ciało Magdy. Ale dziewczynki tam nie znaleziono. Dzień później zatrzymana przez policję Katarzyna W. sama pokazała policjantom zrujnowany kolejowy budynek, gdzie ukryła ciało. Potem aresztowanie Katarzyny W. i jej zwolnienie przez sąd wyższej instancji, a później rzekoma próba samobójcza w areszcie i relacje z mężem, który również stał się bohaterem konferencji prasowych i publikacji. W lipcu prokuratura zmieniła stawiany Katarzynie W. zarzut na zabójstwo. Matka dziewczynki znowu trafiła do aresztu, ale i tym razem wypuścił ją sąd, uznając, że podejrzana nie ucieka i nie ma już możliwości mataczenia. Została bohaterką tabloidów; zgodziła się nawet na specjalną sesję fotograficzną. Jesienią podejrzana zniknęła. Sąd zdecydował o jej aresztowaniu i wydał za nią list gończy. Kilka dni później zatrzymano ją w małej wsi pod Białymstokiem i umieszczono w areszcie. 5

 

Pytaniem, które ciśnie się każdemu na usta jest: dlaczego? Dlaczego ta sprawa budzi wciąż takie emocje? Dlaczego tak długo trwa? Dlaczego taka jest reakcja mediów? Dlaczego śledztwo była tak wolno prowadzone? Dlaczego zamiast kary i ostracyzmu społecznego została nagrodzona wolnością, zainteresowaniem i pozwolono jej brylować w blasku fleszy? Czy można było temu zapobiec? Czy gdyby inaczej przebiegały wszystkie działania policji, mediów i prokuratury nie doszłoby do takiej dramatyczno/paradoksalnej sytuacji, że psychopatyczna dzieciobójczyni wraz z niedojrzałym emocjonalnie mężem przez blisko rok są głównymi bohaterami tabloidów, mediów, polityków i dziennikarzy?

 

Czemu procedury policyjne nie przewidują, że matka rzekomo uprowadzonego dziecka, która odrzuca możliwość wsparcia psychologicznego zaproponowanego przez policję - jest potencjalną sprawczynią a nie ofiarą? Może trzeba by coś zmienić? Czy nie należałoby zastanowić się, czy w takiej sytuacji nie powinno się obligatoryjnie wprowadzić nakazu obserwacji przez jakiś czas całej rodziny przez biegłego psychologa policyjnego, który mógłby przecież stanowić potencjalnie ogromne źródło wsparcia dla całej rodziny. Wiadomo, że w takiej trudnej kryzysowej sytuacji, ludzie nie wiedzą ani jak się zachować ani co ze sobą zrobić. Gubią się w swoich działaniach i emocjach. Nie mają w swoim repertuarze zachowań takiego skryptu: jak się zachować w sytuacji zaginięcia dziecka. Tym bardziej, że przecież nikt normalny nie przypuszcza, że dziecko zostało zamordowane przez własną matkę. Wszyscy są zagubieni, wszyscy tłumaczą sobie zachowanie innych na swój własny sposób: tak jak im się wydaje, że sami by się zachowali. Specjalista, doświadczony psycholog mógłby pomóc w sposób profesjonalny tym, którzy tej pomocy potrzebują i jednocześnie stanowiłby nieocenione źródło informacji dla śledczych. Z pewnością należałoby tutaj rozważyć również kwestie etyczne: na ile można wykorzystać informacje pochodzące z rozmowy z potencjalnym klientem dla dobra śledztwa? Niemniej myślę, że obserwacja rodziny, ich wzajemnych relacji, zachowania, reakcji mogłaby być wskazówką dla policjantów. Oczywiście pojawią się głosy, że brak tu miejsca na wolność osobistą i samostanowienie obywateli, że każdy ma prawo decydować czy chce takiej pomocy. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę względy ekonomiczne tzn. ile nas podatników kosztowało śledztwo dotyczące rzekomego uprowadzenia małej Madzi, koszty blisko rocznego śledztwa, pracy prokuratury i biegłych sądowych, a także zamęt w mediach i galimatias społeczny, w którym tak naprawdę zagubiło się to, co najważniejsze - czyli dramatyczna śmierć bezbronnego dziecka, to może warto wziąć takie rozwiązanie pod uwagę.

 

Detektyw, bez ważnej licencji, Krzysztof Rutkowski, który brutalnie wykorzystał tę sprawę do ponownego wykreowania swojej osoby - to właśnie zrobił. Bez dyskusji i pytania 'wsadził' im psuedopsychologa do domu, tylko po to, aby był z nimi 24 godziny na dobę. I oto co ciekawe - wcale nie czuli się ubezwłasnowolnieni, a wręcz przeciwnie - mieli poczucie zaopiekowania się ich rodziną, troski o ich stan emocjonalny, poczucie bezpieczeństwa. Brak takiego działania właśnie zarzucali policji. To pokazuje jakie są rzeczywiste potrzeby ludzi w podobnej sytuacji. Można by pokusić się nawet o stwierdzenie, ze policji wygodniej jest tylko zaproponować wsparcie psychologiczne, a jak poszkodowani odmówią to jeszcze lepiej - można umyć ręce. Z pewnością takie myślenie ma swoje korzenie w dwu aspektach: po pierwsze niedocenienia pracy psychologów a co za tym idzie - zbyt małej ilości psychologów policyjnych. Zresztą pierwszy problem dotyczy znakomitej większości naszego społeczeństwa: A po co mi psycholog? Ja przecież nie jestem świrem! Brak edukacji psychologicznej społeczeństwa powoduje, że przeciętni ludzie w sytuacjach kryzysowych często odmawiają pomocy psychologów, bo się ich boją, nie wiedzą czego się po takiej interwencji spodziewać, w czym im mogą pomóc, przecież dziecku nie zwróci to życia, a jeszcze ludzie Bóg wie co sobie pomyślą, że tu ktoś chory albo zwariował.

 

Dlatego jestem przekonana, że oprócz szeroko pojętej psychoedukacji społeczeństwa, należałoby stworzyć stosowny przepis lub być może ustawę, która w podobnych sytuacjach nakazywałaby służbom śledczym obligatoryjne pozostawienie specjalisty psychologa, który wspomógłby swoją pracą tą trudną/kryzysową sytuację. Myślę, że byłoby to z korzyścią dla wszystkich stron takiego dramatu. Dla ofiar, rodziny, świadków, sąsiadów, policji i społeczeństwa.

 

Jeśliby się głębiej zastanowić, to dla mnie ta sprawa ma jeszcze drugie dno. Czy to wszystko musiało się wydarzyć? Czy można było coś zrobić, aby życie wielu osób z tej rodziny, a przede wszystkim Katarzyny i Bartka nie stało się dramatem, a życie małej Madzi nie skończyło się tragicznie? Psychologowie i psychiatrzy śledzący tę sprawę nie mają wątpliwości jaka jest Katarzyna W. 'Zaburzona osobowość, psychopatka, narcyz i sprytna manipulantka. Ma bardzo specyficzne cechy i, jak sądzę, dokładne ich zbadanie ujawniłoby spore nieprawidłowości w rozwoju osobowości, zwłaszcza rys psychopatyczny. Ona kłamstwo ma we krwi'- mówi Lucyna Hoffman-Czyżyk, biegły psycholog sądowy6.

 

'Jest niedojrzała emocjonalnie, ale inteligentna i potrafi manipulować otoczeniem. Nawet jej próby samobójcze to wołanie o to, by zwrócono na nią uwagę, a nie faktyczna chęć odebrania sobie życia' - mówi psychiatra Jerzy Pobocha. 'Ma silnie rozwiniętą sferę intelektualną, ale nie potrafi odczuwać silnych emocji, takich jak miłość czy współczucie. Jest to jednoznacznie sylwetka patologicznego egoisty, który robi wszystko, aby to jemu było wygodnie. Jest kompletnie niedojrzała. Występuje u niej trwała cecha aspołecznej orientacji. Głęboki rys patologiczny' - wyjaśnia psycholog profesor Zbigniew Nęcki.7

 

Czy gdyby nie wychowywała się w patologicznej rodzinie, nie miała ojca alkoholika, nie była pozbawiona ciepła i prawdziwej miłości, wsparcia i pomocy rodziny i prawdziwych przyjaciół - to możliwość ujawnienia się jej patologicznych zaburzeń osobowości byłaby znacznie mniejsza? Gdyby społeczna wiedza psychologiczna była większa i większa dostępność do pomocy psychologicznej, większa akceptacja pracy psychologów, być może na wcześniejszych etapach swojego życia dziewczyna mogłaby uzyskać fachową pomoc, i nawet gdyby nie wszystko było w jej życiu jak trzeba, to być może nie doszłoby do tak skrajnie dramatycznych zdarzeń?

 

Ta sprawa już się wydarzyła i nic tego nie zmieni, jednak z pewnością w Polsce żyje wiele kobiet w podobnej, jak Katarzyna, trudnej sytuacji. Idealnie byłoby, aby każda z nich chciała i mogła skorzystać z pomocy psychologa. Lecz aby tak mogło - być musi się znacząco zmienić poziom świadomości psychologicznej w naszym kraju. I ten 'pod strzechą' i ten wśród rządzących.

 

Za miesiąc rozpocznie się proces Katarzyny W. Z pewnością znów przyciągnie przed telewizory rzesze żądnych sensacji gapiów. Tej młodej, 22-letniej kobiecie grozi dożywocie. Jeśli tak się rzeczywiście stanie to tak naprawdę jej całe dorosłe życie sprowadzi się do przypadkowego małżeństwa, przypadkowej ciąży, przypadkowego dziecka, celowego morderstwa i przypadkowej, ponad rocznej, wątpliwej 'sławy' celebrytki... Czy tak musiało się stać?

 

Dorota Fryc - psycholog

 

1

 W 2011 roku liczba małoletnich ofiar zabójstw wyniosła 24. Najmniej było w 2009 roku, gdzie świadomie życia zostało pozbawionych 16 dzieci. Najwięcej, bo 37 zostało zamordowanych w 2007 rokuhttp://nasygnale.pl/